10. Maraton Pieszy Wojcieszów odbył się w sobotę 10 października 2026 roku. Z okazji jubileuszu organizatorzy przygotowali aż cztery trasy, a do Wojcieszowa miało przyjechać ponad 1000 uczestników! Zapraszam do relacji z najdłuższej pętli!
10. Maraton Pieszy Wojcieszów – na skróty
Kiedy: 10.10.2026 r.
Arena: Góry Kaczawskie, Sudety Zachodnie
Dystans zmierzony: 39,5 km
Suma podejść zmierzona: 1245 m
Uzyskany czas: 6:13 z przerwami, 6:00 marsz
Prędkość: 6,3 km/h średnia, 6,6 km/h średnia ruchu

Sobota 10 października 2026 roku na stałe wpisała się w historię polskich imprez dla piechurów. O tym, że do niewielkiego Wojcieszowa w Górach Kaczawskich przyjadą setki piechurów, wiedzieliśmy już od dawna. Mało kto jednak spodziewał się, że na wydarzenie zapisze się 1034 osób. To robi wrażenie!

Z okazji jubileuszu organizatorzy przygotowali aż cztery trasy: 10 km, 20 km, 30 km oraz 40 km. Wszystkie w formie pętli, które okalały bliższe lub dalsze okolice Wojcieszowa.

Jako pierwsi wyruszyli na trasę uczestnicy, którzy postanowili zmierzyć się z dystansem 40 kilometrów. Wędrówkę rozpoczęliśmy o godz. 8 rano. W grupie około 300 piechurów skierowaliśmy się na malowniczo położone Radzimowice.

Tym razem ustawiłem się z przodu stawki. Nie chciałem się ścigać, ale do głowy wpadł mi pomysł, aby na swój sposób uczcić okrągłą edycję Maratonu Wojcieszów.
Plan na ten start klarował się przez kilka pierwszych kilometrów i w końcu postanowiłem – chcę wykręcić mocną średnią prędkość, taką 6 km/h z okładem. Oczywiście w marszu, bez podbiegania.

Plan spoko, jednak już w Radzimowicach z kolegą Krzysztofem zeszliśmy z trasy kilkadziesiąt metrów. Niby nic, ale peleton mocno nam odjechał i czołówkę dogoniliśmy dopiero po około kwadransie. Zanim się obejrzeliśmy, byliśmy już przy pierwszym Punkcie Kontrolnym na 13 kilometrze.

No i się zaczęło! Jedna po drugiej osobie zaczęły zbiegać w dół, już po chwili całkowicie znikając nam z pola widzenia. Takie „przepoczwarzanie się” piechurów w biegaczy jest typowe dla łatwiejszych technicznie imprez.
I tak zaczęła się głupia zabawa w berka – my mocnym tempem robiliśmy podejścia, zbliżając się do osób przed nami, które na pierwszy napotkanym zejściu uciekały nam, biegnąc w dół. Jedyne, co w tym wszystkim jest fajne to fakt, że utrzymuje się mocne równe tempo.

Do Izby Rybackiej w Podgórkach dotarłem już sam, zostawiając towarzyszy wędrówki nieco za sobą. W restauracji znajdował się punkt żywieniowy. Trochę się zdziwiłem widząc, że osoby „idące” przede mną wchodzą i po chwili wychodzą jedna po drugiej.
Zapytałem nawet na wejściu, co tam się wyprawia i ktoś rzucił tekstem, że na naszych oczach właśnie rodzą się nowe kariery. Hyhy, mocne! Uznałem, że odpuszczanie posiłku dla o kilka minut lepszego czasu na mecie to już lekka przesada i zająłem się pochłanianiem smacznego leczo. Czy lecza?

Kolejny odcinek wędrówki, czyli etap Podgórki – Wojcieszów zapowiadał się na naprawdę nużący. Tym bardziej, że świetnie go pamiętałem z Wojcieszowskiej 50-tki sprzed kilku lat. Całe szczęście, nałożyły się na siebie dwie niespodziewane sytuacje.

Po pierwsze – wyleciałem na chwilę z trasy i musiałem korygować, przebijając się na krechę przez krzaki jeżyn. I po drugie – zauważyłem, że idąca za mną uczestniczka zbiega, gdzie tylko się da. Zrobiłem szybki rachunek sumienia i wyszło mi, że już żadna biegnąca tego dnia osoba nie może mnie wyminąć.

Takie wyzwanie, które przed sobą postawiłem, wyzwoliło we mnie dodatkowe pokłady energii. Zadanie nie było proste, ponieważ do mety zostało jeszcze dobrych kilka kilometrów i długie zejście do Wojcieszowa.

Przeżuwając kolejne suszone daktyle, doszedłem do ruin szubienicy, gdzie udało mi się wyminąć jeszcze jedną osobą. Później było już tylko karkołomne zejście przez punkt widokowy na Bielcu i dziesiątki uczestników którejś z krótszych tras, którzy szli w przeciwnym kierunku.

Metę przekroczyłem z czasem 6:13 i średnią prędkością marszu 6,6 km/h. Pod tym względem moje małe świętowanie wojcieszowskiego jubileuszu uważam za nawet udane.
Na mecie na uczestników czekały same dobroci! Był pamiątkowy medal i posiłek regeneracyjny. A w zasadzie to posiłki, ponieważ w menu znajdowały się żurek, zupa pomidorowa, bigos i kiełbasa z grilla. Był też kiermasz ciast i kilka innych atrakcji.

Na zakończenie jeszcze mały apel. Imprezy dla piechurów to z założenia wydarzenia, w których się maszeruje.
Nie będę teraz wnikał, czemu za każdym razem trafiają się piechurzy, którzy napinają się, żeby tylko nikt ich nie wyprzedził. Zbiegają na zejściach. Podbiegają na płaskim. Albo tak jak teraz – odpuszczają punkty żywieniowe na trasie, byle tylko zyskać kilka minut przewagi.
Czy to brak kondycji do walki łydka w łydkę z innymi piechurami? Za słabe nogi na górskie biegi? Chęć zaistnienia? Nie chcę teraz tego rozstrzygać.
Mam tylko małą prośbę – jak już dotrzecie do mety i siedzicie wśród piechurów, nie róbcie z siebie gwiazd. Nie przechwalajcie się przed organizatorem, ile to czasu udało się urwać. Kogo Wy chcecie oszukać?

Dziękuję organizatorom i wolontariuszom. Wszystkiego dobrego z okazji jubileuszu!
Dziękuję towarzyszom wędrówki i standardowo – siła piechurom!
Czołem! Z tej strony Wojtek, autor tego tekstu i twórca projektu Górskie Wyrypy. Spodobał Ci się ten wpis? Przygotowanie takiego artykułu to dobrych kilka godzin pracy, dlatego będzie mi miło, jeśli postawisz mi wirtualną kawę. Twoje wsparcie będzie dla mnie OGROMNĄ motywacją do dalszego rozwijania projektu. Z górskim pozdrowieniem!

Turysta. Długodystansowiec. Eksplorator. Przez ostatnią dekadę przeszedł w górach ponad 20 000 km. Twórca projektu Górskie Wyrypy. Od 2013 roku promuje imprezy długodystansowe dla piechurów. Ma na koncie kilkadziesiąt startów w takich wydarzeniach. Sudety to jego mała ojczyzna. Je też lubi promować.















O nie, ktoś sobie podbiegł na trasie i nie zjadł leczo xD
Piechur chodzi. Biegacz biega. Formy pośredniej chyba nie zdefiniowano. Półpiechur? Półbiegacz? Zbiegacz górski? 🙂