W miniony weekend na obszarze Beskidu Śląskiego miała miejsce kolejna edycja jednej z większych imprez dla piechurów w regionie. Beskida 2026 obyła się w dniach 25-26 września 2026 roku. Do wyboru były trzy trasy: 50 km, 80 km oraz 101 km. Zapraszam do relacji z koronnego dystansu!
Beskida 2026 – na skróty
Kiedy: 25-26.09.2026 r.
Arena: Beskid Śląski
Dystans zmierzony: 105,2 km
Suma podejść zmierzona: 5531 m
Uzyskany czas: 24:48 z przerwami, marsz 22:56

Beskida – V edycja – relacja z trasy 101 km
Na ten rok przypadła piąta edycja Beskidy. To był mój pierwszy start w tej imprezie, a zarazem powrót w Beskidy po wielu latach przerwy. I to właśnie ten fakt budził u mnie chyba największą ekscytację.
Wędrówkę rozpoczęliśmy w piątek nieco po godz. 18:00. W grupie około 100 piechurów ruszyliśmy spod amfiteatru w Szczyrku, by już na wstępie poddać się, khem, naturalnej selekcji. Tak należy bowiem nazwać podejście pod Klimczoka, podczas którego na nierozgrzanych mięśniach pokonaliśmy pierwszych 600 metrów pionu.

To właśnie podczas pierwszej wspinaczki dogoniłem Michała. W mgnieniu oka nastała noc i już po ciemku przeszliśmy przez Błatnią. A właściwie to przelecieliśmy, ponieważ tempo marszu było całkiem mocne.
I tak w grupie kilkunastu osób przeoczyliśmy odbicie trasy na prawo, trzeba było się wracać i na moje konto wleciało kilkaset karnych metrów. Jak się później okazało, na całej pętli trochę tego się nazbierało.
Ścieżka dydaktyczna sprowadziła nas do pierwszego PK w Jaworzu, gdzie serwowano smaczne buły. Były z serem lub szynką, ale w stawce pojawiły się protesty – czemu nie są z serem i szynką jednocześnie? Ciężkie życie na wyrypie!

Po złamaniu pierwszych 20 kilometrów rozpoczęło się podejście na Równicę. Może nie tyle sztywne, ile długie, przez co w naszej grupce chwilowo spadły morale. Jak dla mnie zasłużona nominacja do TOP3 najgorszych fragmentów trasy.
Na kolejne tego typu wyróżnienie nie trzeba było długo czekać. Zeszliśmy do PK w Ustroniu Polanie, skąd rozpoczęliśmy nużące podejście w kierunku szczytu Czantorii Wielkiej. Sytuację próbowały ratować wychodzące na szlak salamandry, które machały do nas leniwie swoimi smoczymi łapkami (…)

W nogach mieliśmy już 30 km i po początkowo nieco technicznym zejściu z Czantorii, po raz pierwszy weszliśmy na fragment trasy, gdzie w końcu można było złapać jako taki rytm i się trochę rozpędzić.
Choć z tym rozpędzaniem się, to nie do końca, ponieważ po drodze musieliśmy odmeldować się w Schronisku „Soszów”. A skoro wyszła do nas sama gospodyni, nie wypadało odejść tak bez słowa. Czas pożegnania był jednak nieunikniony. Wkrótce dotarliśmy do Wisły Głębce.


Tu trasa przybrała nieco chaotyczny przebieg. Raz szliśmy do góry, zaraz w dół, trochę asfaltem, a za chwilę wąską leśną ścieżką. Zaczęło się nerwowe odliczanie kilometrów do PK z zupą. Bez kitu, w jednej sekundzie zgłodnieliśmy jak wilcy!
W końcu jednak dotarliśmy do Rancza Cienków, co oznaczało, że mamy za sobą około 53 km wędrówki. To było dobre miejsce, by po raz pierwszy od startu na chwilę usiąść. Stare misie dobrze jednak wiedzą, że przy takiej aktywności każda minuta w ciepłym pomieszczeniu to spore ryzyko…

Michał je podjął… i już po chwili smacznie spał. Ja postanowiłem iść dalej. I to była dobra decyzja, ponieważ chwilę później doznałem odrobiny magii! Właśnie wstawał nowy dzień, a barwy wczesnej jesieni w promieniach porannego słońca zachęciły mnie do szukania ciekawych kadrów.

Summa summarum na odcinku od Gawlasi do Baraniej Góry zrobiłem chyba ze sto zdjęć. Trochę mi to zajęło, ale wówczas czułem, że utrwalenie wspomnień stało się ważniejsze niż czas na mecie. Godzinę później miałem już zupełnie inne podejście.


Na Baraniej Górze nie odmówiłem sobie tej przyjemności i wdrapałem się na czubek wieży. Kolejni uczestnicy przemykający u podnóża budowli byli jednak sygnałem, że pora zejść na ziemię. W tym przypadku zrobiłem to dosłownie i ruszyłem w pościg.


Oczywiście znów zszedłem trochę z trasy, lecąc na Przysłop, zamiast od razu czarnym szlakiem w kierunku Kamesznicy. Kiedy wszedłem już na dobre tory, poszedłem jak przecinak. Kilka kilometrów zejścia kamienistą dróżką, którą na sporym odcinku spływał niewielki strumyk, wyzwoliło we mnie dodatkową dawkę energii.

Po drodze wraz z grupką uczestników wpadliśmy jeszcze w krzaki i znów zebrało mi się kilkaset karnych metrów. Tak czy inaczej, od Baraniej Góry do Węgierskiej Górki udało się wyminąć kilkanaście osób. Jasne, to nie wyścigi, ale gdzieś trzeba szukać tej dodatkowej motywacji i właśnie po to szuka się na trasie takich „zajączków”.
Na PK w Węgierskiej Górce zrobiłem sobie 15-minutową przerwę. Podładowałem się rodzynkami, żelem, batonem i wypiłem kolejną kawę. Już na podejściu zrzuciłem z góry jedną warstwę, ponieważ robiło się coraz cieplej.

Czułem, że właśnie zaczynają się prawdziwe ciężary. Jakoś wdrapałem się na Halę Radziechowską, gdzie na moment doszła mnie czwórka uczestników, których zostawiłem na PK w Węgierskiej Górce. To było ponad 600 metrów pionu, po których rozpoczęło się zejście, czyli znów utrata kilkuset metrów z wysokości. Na szczęście całkiem sprawnie poszło.


Na ostatnim PK już widocznie opadłem z sił. Nie miałem apetytu, więc tylko poskubałem trochę rodzynków. Próbowałem też napić się kolejnej kawy, ale ta na złość nie chciała się zaparzyć. Bez zbędnego przedłużania ruszyłem podbić Skrzyczne… choć na temat, kto i kogo podbijał, to pewnie można by podyskutować.

To były srogie ciężary po raz drugi i kolejnych 700 metrów pionu. Tym razem jednak zbytnio się nie wczuwałem – byle do góry i do zapomnienia. Przed szczytem chłopaki znów mnie dogonili, jednak tym razem nie miałem już czym odpowiedzieć. Nie chciałem szarżować na zmęczonych nogach. Jakoś stoczyłem się do Szczyrku, choć trasa znów nie pozwalała na rozwiniecie zadowalającej prędkości.

Na mecie dostałem medal i dyplom z serduszkiem, zjadłem pyszny bigos, zamieniłem parę słów z innymi uczestnikami i zrobiłem przysiad na jednej nodze. Trochę zachwiany. Wszystkie leżaczki były zajęte, znajomych twarzy w półmroku nie dostrzegłem, więc przeszedłem w tryb myślenia o gorącym prysznicu. I tak skończyła się moja przygoda z Beskidą 2026.

Trasa Beskidy była trudna, ale spokojnie do przejścia w limicie czasowym. Fakt, że ja chciałem sobie urwać od tego limitu 6-7 godzin (i to przy drobnej infekcji i po tygodniu niedosypiania) sprawił, że to były ciężary na własne życzenie. Choć tak naprawdę jedynie ostatnich 20 km dało mi w kość.

Beskida – czy to wyrypa dla każdego?
Trasa Beskidy nie była oznaczona w terenie, nawigowaliśmy ze śladu GPX, co jak wiadomo, różnie wychodzi. I trochę byłem zdziwiony brakiem oznaczeń. W końcu to jest dystans 100 km i sporo maszerowania po zmroku.
Może to tak ma być i to taki dodatkowy wyzwalacz emocji, jednak skala ludzi poza trasą była ponadprzeciętna. Tylko na moich oczach kilkadziesiąt osób wyleciało z tracka w kilku miejscach, nie wspominając o tych, którzy kompletnie się pogubili i wracali się wiele kilometrów po pieczątki z PK (szacun za wytrwałość!).

Warto także wspomnieć, że na całej trasie jest tylko jeden ciepły posiłek. Oczywiście uzupełnię – na PK były bakalie, banany, żel energetyczny, bułka i drożdżówka, czyli mimo wszystko całkiem spoko. Biorąc jednak pod uwagę inne imprezy w Polsce z podobnym dystansem, to już nie było tak kolorowo.
Bazując na moim przykładzie – na trasie spaliłem 10 200 kcal. Wiadomo, pomiar może być przestrzelony o 10-15% w każdą stronę. I jak myślicie, ile kcal udało mi się uzupełnić jedząc rodzynki? To absolutnie nie jest zarzut. To raczej kwestia do przemyślenia dla tych, którzy będą planowali przejść trasę w przyszłości.

W oparciu o powyższe oraz biorąc pod uwagę fakt, że to jest ponad 100 km, ponad 5500 m sumy podejść, limit czasowy 30 h oraz sporo kamienistych odcinków, gdzie ciężko się rozpędzić, to ja szczerze zachęcam do solidnego przemyślenia swojego startu mniej doświadczonych piechurów. Piona!
Bonus: pamiątkowa koszulka
Tu już trochę z przymrużeniem oka (ale tylko trochę!). Kupiłem za 120 zł pamiątkową koszulkę z Beskidy, a jedyne, co widać po założeniu plecaka to napis na piersi „Szkoła Podstawowa nr 1 w Szczyrku”. Ani takiego napisu nie było na projekcie koszulki, kiedy ją zamawiałem, ani szkoła nie dokładała mi się do tej koszulki. Tymczasem już dwie osoby mrużąc oczy dopytywały, w jakiej to ja szkole pracuję. No bez jaj!
Z górskim pozdrowieniem!
Siła piechurom!
Czołem! Z tej strony Wojtek, autor tego tekstu i twórca projektu Górskie Wyrypy. Spodobał Ci się ten wpis? Przygotowanie takiego artykułu to dobrych kilka godzin pracy, dlatego będzie mi miło, jeśli postawisz mi wirtualną kawę. Twoje wsparcie będzie dla mnie OGROMNĄ motywacją do dalszego rozwijania projektu. Z górskim pozdrowieniem!

Turysta. Długodystansowiec. Eksplorator. Przez ostatnią dekadę przeszedł w górach ponad 20 000 km. Twórca projektu Górskie Wyrypy. Od 2013 roku promuje imprezy długodystansowe dla piechurów. Ma na koncie kilkadziesiąt startów w takich wydarzeniach. Sudety to jego mała ojczyzna. Je też lubi promować.














